Możesz być nie wiadomo jak dobrym muzykiem, ale gdy gdzieś w twoim środku drzemie przekonanie, że nie jesteś dość twórczy, nie zagrasz w porywający sposób.
Możesz być, nie wiem jak mądrym i przenikliwym pisarzem, ale bez wiary w siebie, nie poddasz się temu, co w tobie płynie i niewiele napiszesz.
Możesz być, nie wiem jak przygotowany na zawody, ale gdy boisz się, że inni są lepsi i że twoje szanse są mizerne, nie podejmiesz walki.
Możesz mieć nieludzko innowacyjny pomysł na biznes, ale gdy gdzieś w tobie zrzędzi stary dziadek, mówiący ci, że jesteś na to za cienki, zostanie ci tylko patrzeć, jak inni wpadają na twój pomysł i go realizują.
Wiara w siebie nie zastępuje umiejętności, przygotowania, talentu, dyscypliny czy pomysłów. Jest dla nich jak woda dla roślin. Gdy jest jej za mało, rośliny słabo rosną, więdną, a w końcu schną. Zamiast obfitych plonów masz suchy zagon. Smutne, jak wiele takich suchych zagonów można zobaczyć. Nie da się nic wyhodować bez odpowiedniej ilości wody.
Jednak nie wystarczy podlewać, żeby zebrać plony. Gdy masz dużo wody, ale nie masz właściwych roślin i nie umiesz plewić, przycinać czy podwiązywać, zamiast dorodnych pomidorów dostajesz pole pełne dzikich chwastów. Dlatego wiara w siebie bywa tak niepopularna. Kojarzy nam się czasem z głupotą udającą mądrość, przeciętnością ubieraną w kostium wybitności, chamstwem, pustką, chełpliwością.
Ale to nie wina wiary w siebie. Liczy się to, co nią podlewasz.